Rzadko sięgam po odżywki do włosów w spray’u, ponieważ ich działanie jest znacznie słabsze niż tych to spłukiwania. Mimo to czasem je kupuję. Zastanawiacie się dlaczego? Z kilku prostych powodów: lubię, gdy moje włosy ładnie pachną po umyciu, więc jest to pewnego rodzaju ‘perfum’ do czupryny. Poza tym, gdy włosy wyschną potrzebuję czegoś co dodatkowo ułatwi ich rozczesywanie. Po trzecie, odżywki w sprayu świetnie spisują się do „zwilżania” włosów przed olejowaniem.
Od dłuższego czasu w mojej łazience gości mgiełka Aussie i najwyższa pora napisać o niej kilka słów. Kosmetyk zamknięty jest w uroczej butelce z wypukłym wzorem kangurów. Opakowanie jest zaopatrzone w atomizer, który się nie zacina i dość solidnie rozpyla produkt. Nie trzeba się męczyć z długim przyciskaniem pompki. Mgiełka pięknie pachnie, ma fajny, słodki zapach, który przez jakiś czas utrzymuje się na włosach. Formuła zawiera olejek ze australijskich orzechów makadamia.
Moim zdaniem działanie jest całkiem przyzwoite jak na produkt tego typu. Zauważyłam, że włosy łatwiej się rozczesują po użyciu tego preparatu. Są bardziej miękkie i delikatne. Dodatkowo produkt świetnie nadaje się do wygładzenia odstających kosmyków. Kosmetyk dedykowany jest do włosów przesuszonych, nie oszukujmy się jednak, że spray może zadziałać cuda na suche strąki. Do ekstremalnie przesuszonych i zniszczonych włosów potrzebna jest bardziej konkretna pielęgnacja. Jeśli chodzi o mnie to jestem na tak. Żałuje tylko, że mgiełka nie jest trochę tańsza (25 zł / 250 ml).
Używacie czasem odżywki w sprey’u czy raczej się u Was nie sprawdzają?